Dom.
69 dni. 10885 km. Milion zdziwień i zachwytów. Kilka okrzyków "Łooooooo" wydanych przeze mnie na widok rozbijających się o klify fal. Kilka nieuwierzeń Rumiego, że sprawy mają się tak jak się mają. Moje marudzenie, naciąganie na ciastka i lody i Rumiego stoicki spokój doprowadzający mnie kilkakrotnie do szału:).
Poszedł się umyć, więc szybko napiszę, że to dzięki niemu ta podróż się zaczęła i tylko dzięki jego wytrwałości i optymizmowi trwała właśnie tyle czasu. Podziwiam go za to, że tak świetnie radził sobie w kryzysowych sytuacjach, za jego umiejętności mechanika o których istnieniu dowiadywał się podczas tych dwóch miesięcy. Dziękuję mu za to, jakim był cudnym towarzyszem. Za to, jak starał się wynagradzać mi trudy podróży.
Spełniliśmy razem nasze największe marzenie (chyba od przyszłego miesiąca zaczniemy planować następne. Żeby nie zwariować potrzebujemy kalendarza z poniedziałkami do skreślania:).
Dziękujemy wam (najwięcej mamom naszym:)), że chcieliście nas oglądać i czytać (mamy nasze po 5 razy na dzień). Dziękujemy Lisce i Magdzie z Bednarem za łóżko i spokojny sen. Tym, którzy się modlili, żeby nas samochód nie zawiódł. Moim dziewczynom za to, że nie żałowały pieniędzy na smsy:). Halinie za mapy, które niejednokrotnie ratowały życie.
Światy dalekie są piękne, ale zawsze najbardziej czekam na pierwszy majowy (nie jestem pewna czy to w maju ale maj ładnie brzmi) wieczór w domu rodzinnym, kiedy odzywają się żaby nad stawem. Jak się wyjdzie w taką noc na podwórko i nie słychać nic tylko ten głośny rechot i jak powietrze pachnie takim ciemnem i rosą, to człowiek siada na krześle i czuje, że Barcelona (powiem ładnie) musi się jeszcze raz urodzić, żeby spróbować być taką jak to podwórko.
Ps. na zdjęciach nasz samochód i nasze podróżne psy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz